Z mroku wyłania się gitarzysta. Przygrywa sobie do momentu, gdy widzi kartkę z zapisem nutowym.
Chwyta ją. W tym momencie pojawia się gitara z głośnikiem. Wszystko to brzmi dosyć abstrakcyjnie, ale tak właśnie zaczyna się świetny i drapieżny klip do piosenki Hardwella pt. "Sally".
Czytałem komentarze na youtube i się zdziwiłem potraktowaniem teledysku w sposób prześmiewczy, jakoby był wulgarny, a tekst nijaki. Rzeczywiście jest on ostrzejszy niż ludzie mogliby się spodziewać po jakiejś grzecznej piosence (takich coraz mniej, a fragment:"I've been fucking Sally" nie sugeruje pojawienia się Troskliwych Misiów ani innych bajkowych stworzonek). Tekst nie jest może wybitny, ale wpada w ucho, wkręca i zachęca do dalszego odtwarzania.
Jak widać nie tylko bohater teledysku został wciągnięty w ten świat. Ja go kupuję; brudny rockowy klimat z elektronicznym grzmotnięciem. Poza tym hipnotyczne zielone oczy, tajemnicza otoczka - kobieta wyłaniająca się znikąd. Właściwie wszystko jest na granicy snu i jawy. Chłopak sprawia wrażenie, jakby chciał się obudzić z tego koszmaru, ale jest zmuszony do gry i przeżywania jej z tajemniczą mroczną damą.
Podczas motywowania go, przysłowiowego ciągnięcia za sznurki wykonywała obsceniczne ruchy, przypominające masturbację. Było widać, że im mocniej grał tym bardziej podniecona, zrozpaczona była. Krzywiła się, wiła, a on grał coraz szybciej,aż do momentu odłączenia sprzętu, wytrysku.
Jak widać można tu przyjąć dwie ścieżki interpretacyjne:
1) Chłopak znalazł gitarę i se na niej grał, a dziewczyna się krzywiła, bo skupił się bardziej na instrumencie (nawet to jest dwuznaczne), niż na niej (druga połowa tej ścieżki jest absurdem w kontekście całości, ale nie miałem pomysłu na to, co ona mogłaby robić innego, w wypadku wykluczenia drugiej opcji)
2) Chłopak znalazł się w przestrzeni magicznej, na pograniczu światów, madame mrok to czarownica, a wyuzdana gra na gitarze to symulacja seksu, którą odczuwa na sobie, przez co oboje przeżywają rozkosz i się zatracają do odłączenia sprzętu, jego przebudzenia.Wykorzystał okazję, by dać dyla od niej, gdyż zniknęła mu sprzed oczu. Chwilę po jego ucieczce bierze gitarę i zapewne rusza na poszukiwanie kolejnego młokosa, który by ją zaspokoił, ujarzmił jej fantazje i zmysły.
Przewinęła mi się myśl, że to może być też pewnego rodzaju kara, przestroga, by nie traktować kobiet przedmiotowo, bo wychodzą z nich demony. Z drugiej strony zarówno mężczyzna, jak i kobieta mimo bólu czerpali przyjemność, dali się ponieść chwili, więc na pewno nie są stratni.
Ocena:10/10 (Może się to wydać dziwne i niesprawiedliwe, ale doceniam takie pieprznięcie, rozładowanie atmosfery w rockowym stylu i koszmar, który się urzeczywistnienia, nieograniczona żądza.)
Jest wiele animców, po których się chce krzyczeć z radości,
smutku, rozwalić świat, posiąść super moce, czy móc przez chwilę wejść w skórę
bohaterów. Tego typu anime prowokują mnie, by sięgnąć po mangę. Gorzej, gdy
ciągle jest wydawana, a największa męczarnia dla czytelnika następuje wtedy, gdy nagle jest przerwa w
uploadzie. Dlatego mimo rosnącej irytacji w oczekiwaniu, chciałbym wam
przybliżyć Brynhildr In the Darkness (Gokukoku no Brynhildr).
Anime jest o czarownicach, kosmitach i supermocach, brzmi to
może niedorzecznie z punktu widzenia racjonalnie myślącego człowieka, jednak Lynn’owi
Okamoto udało się stworzyć coś zgrabnego w mandze, a w anime jest lekki
rozdźwięk. Początkowo wydarzenia się pokrywają, ale część rzeczy zostaje
spłaszczona, zmieniona i pojawia się masa niedomówień, dziwnych splotów akcji.
Nie da się ponad 90. rozdziałów zamknąć w 13. odcinkach. Mam nadzieję, że
październikowy odcinek specjalny wniesie coś nowego, uzupełni braki w historii,
dopowie pewne kwestie.
Przykro mi, że Kazumi została pokazana jako napalona
dziewica. Oglądając serię czułem, jednak do niej sympatię i żal, iż jest
ignorowana, biorąc jednak pod uwagę uczucie Ryouty do Kurohy nie mogło być
inaczej. W mandze jej wybuchowy temperament świetnie się uzupełniał z
dramatyzmem i rozpaczą.
Rozpacz (Despair) jest tu słowem kluczowym, by zrozumieć postawy bohaterów na obu nośnikach. Wszyscy chcą żyć, a czas czarownic jest dosyć ograniczony,
tylko przy pomocy tabletek są w stanie przeżyć, maksymalny czas przetrwania bez
medykamentów wynosi 48h, wtedy dziewczyna rozpuszcza się całkowicie i umiera. Ten
karygodny proceder zaistniał przez szalone idee naukowca, oraz organizację,
która chce stworzyć nowy ład na ziemi, rozbudzając Drasile, które znajdują się
w czarownicach.
Anime mimo 2. bardzo klimatycznych openingów, nie podejmuje
pewnych kwestii ze względu na wąski czas antenowy. Są ukazane momenty z mangi,
jak np. wielki ożywiony kosmita prezentowany nowej pracownicy departamentu, ale
też pewna mechanizacja życia i świata otaczającego. Zasługuje to na pochwałę, jak i dwoistość świata, na którą składa się to, co widzi każdy (kolorowy wycinek z życia), jak i zniszczone miejsca (monochromatyczne). Można to
zinterpretować, jako świadomość bohaterek, iż są zaczątkiem zagłady, ale nie
chcą ginąć, gdyż świadomie nie wybrały takiego losu. Drugi opening nie niesie,
aż tylu przemyśleń, ale znikająca Kuroha, desperacja w pełni, destrukcja, nikczemność, tajemniczy
Hexenjagd, zła siostra – Mako, Ichijitsu i mega post-hardcore’owa nuta pełna
zwrotów akcji idealnie oddaje zagmatwaną fabułę, która nawet mimo uproszczenia i paru przejść nadal jest w miarę spójna.
Czarownice zostały siłą wepchnięte w koncepcję zniszczenia
ludzkości. Osoby, które to zainicjowały, nie wahają się jednak niszczyć swoich narzędzi do osiągnięcia celu. Przydzielono im kategorie.
Przypomina mi to
podział ludzi w obozach koncentracyjnych, gdyż nieważne, jak czarownice będą
się starały i tak czeka je śmierć, w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób.
Najgorsze jest jednak to, że są gotowe układać z oprawcami, by nie zostały
odłączone. Każdy w momencie ostatecznego końca woli go uniknąć, wyjątek
stanowią osoby, które gotowe są umrzeć w imię wyznawanych wartości. W wypadku
tych dziewczyn nie można o czymś takim mówić, gdyż większość życia spędziły w
laboratorium. Wszelkie wyjście poza jego teren jest odstępstwem od szarej
codzienności, w której muszą się nawzajem wyniszczać, bądź godzić się na
okrutne eksperymenty, by móc dalej żyć. Nanami vel manipulator świadomości nie
była zła, wykonywała polecenia, a przy tym chciała się nacieszyć wolnością.
Każda czarownica, opuszczająca laboratorium na swój sposób wykorzystywała ten
czas, chyba, że była maszynką do zabijania. Mimo wszystko skłaniałbym się ku
tezie, iż w większości przypadków próbowały się przystosować do społeczeństwa,
zaistnieć w nim,a nie być skazanym na potępienie wytworem.
W najlepszej sytuacji znalazły się czarownice uciekinierki,
gdyż nikt ich nie chciał ze względu na słabe moce. Zostały wyłączone z systemu,
dzięki czemu mogły wieść pozornie spokojne życie do czasu skończenia się
tabletek.
Dobrze przemyślanym chwytem dla mnie było też dążenie Ryoty do odkrycia,
czy Kuroha Neko, to Kuroneko, scena w anime nie oddaje klimatu z mangi, gdyż
pominięto Kazumi. Z całej serii została najbardziej poszkodowana, bo mimo
pozornie niskich pobudek – chęć seksu przecież taka trywialna, to jej życie
wisiało na włosku, nie chciała umrzeć, jako dziewica, chciała mieć chłopaka,
ale upatrzyła sobie niewłaściwą osobę. W mandze różne wątki były rozszerzone,
tak więc i jej zboczenie nie wydawało się przesadzone. Nie oszukujmy się, każdy
ma w sobie zboczeńca. Pod maską
wylewności kryła się delikatna istota, co wielokrotnie pokazała. Dla mnie
najciekawsza postać z serii, szkoda, że jest traktowana pół żartem, pół serio.
Na pewno postać profesora, przyjaciela i wuja Ryouty
zasługuje na parę linijek, o ile w anime to dobry, inteligentny człek, to w
mandze zdecydowanie się wyłamuje z tej konwencji. Długo nie dowierza w magię,
potrzebuje dowodów na to, iż to nie jest jakaś młodzieńcza fantazja z czarami. Poza tym spodobały mi się gagi z jego udziałem, odnośnie
tego, że ze względu na chorobę lokomocyjną wszędzie chodzi pieszo. To było
rozbrajające. W każdym razie był z niego niezły kombinator.
Scena z Ichijitstu i Kotori też jest inna, ale te nagromadzenie
zagadek i ujście zostało dobrze podane. Akcja trzymała w napięciu, ciągłe
unikanie śmierci, przepowiednie, walka o przetrwanie, oklepana przyjaźń ładnie
się komponowały, dając całkiem przyzwoitą całość, mimo pominięć wątków
pobocznych, które mogłyby zaciekawić widza. Wierzę, że zostaną te kwestie
rozwiązane.
Reasumując seans z tym anime jest zadowalający, ale jak miałem w przypadku filmu „Musimy porozmawiać o Kevinie”, warto przyjrzeć się
pierwowzorowi, gdyż pewne sceny mogą nabrać zupełnie innego znaczenia i całość
zyska przez to w naszych oczach nową, lepszą jakość. Pozostaje nadzieja na to, że powstanie drugi sezon, a jeśli
nie to pozostaje cieszyć się mangą, gdyż potrafi zaskoczyć.
W ramach ciekawostki dodam jeszcze, że jest sporo nawiązań do kultury niemieckiej, w mandze są nawet sugestie, iż to Niemcy zainicjowały tę machinę destrukcji.
Ocena anime: 8,75 (wielkie zagmatwanie, świetne openingi,
Risa Taneda w ED, dobre zarysowanie postaci czarownic)
Ocena mangi: 10 (Kazumi taka biedna, Kana urocza, Neko
świetna po walce z Valkyrią, gagi świetnie się komponują z powagą, ukazują
różne aspekty codzienności)
Ostatnio surfując po necie, mając już spory zapas pomysłów,
które od dawna czekają na komentarz, zastanawiałem się, czym otworzyć blog, ze
względu na to, iż pierwotnie przygotowany wpis zostanie rozbudowany i
umieszczony gdzie indziej, to stwierdziłem, iż czas najwyższy uruchomić machinę
zła właśnie tym.
Przedstawiam Państwu 3Lau & Bright Lights:
Tekst jest niebanalny, ale chciałbym się skupić na stronie
wizualnej.
Widzimy parę zakochanych. Nastolatka jest wpatrzona w niego,
jak w obrazek. Wyciąga mu z ręki komórkę.
Ich dłonie się splatają. Następują namiętne pocałunki. Dziewczyna pisze coś
długopisem na jego dłoni. Chłopak odczytuje to uszczęśliwiony (napis: I’m ready
– taki sugestywny, żeby nie było). No i zaczynają się rozbierania, jednak dosyć
nietypowe, w stosunku do przyjętej promocji sexu w mass mediach. Dziewczyna za
pomocą magii rozdziera z niego ubrania. Wykonuje dwuznaczne ruchy językiem, w
tym momencie młodzieniaszek pada na łoże, a z poduszki wyleciało pierze. Dalej
szybkie ruchy, pluszaki w powietrzu (nie, to nie Paranormal Activity). Przy
spełnieniu ukrytych namiętności zabawki spadają na podłogę. W momencie, gdy
para teoretycznie słodko śpi, chłopak się zbiera do odejścia. Krótko przed
wyjściem drzwi się zamykają, światło zapala, a na jego telefonie widnieje numer
„jakiejś zdziry”. W tym momencie słodka, zdziwaczała panienka, przemienia się w
żądnego zemsty demona i za pomocą zabawek, wielkiego ożywionego misia i czarów
dobija zdradliwego partnera. Na drugi dzień flamastrem obramowuje zdjęcie „Judasza”
w pamiętniku. Opisana tam jest historia ich szkolnej miłości. Przesłodka konwencja ze zgrozą, to zdecydowanie tygryski lubią najbardziej.
Teraz łącząc ze sobą
obraz i dźwięk otrzymujemy niesztampowy klip o pierwszej miłości, żądzy i
rozczarowaniu. Niejedna kobieta ma czarodziejskie sposoby na faceta. W momencie
jednak, gdy zdolności te są nadzwyczaj skuteczne, to tym bardziej są bolesne
dla mężczyzny, kiedy następuje rozczarowanie. Czy to standardowa historia? Cóż,
większość mężczyzn kieruje się hormonami i przyjemnością, chcą zaliczać po to,
by móc się pochwalić, albo dla własnej satysfakcji, nie biorą pod uwagę
głębszych emocji. Takim też osobnikiem okazał się bohater historii. Nie brał na
poważnie uczuć i został ukarany, gdyż wykorzystał jej niewinność, zaufanie, ale
i nie przeciwstawiał się kiedy gotowa była mu się oddać. Wziął ją i chciał
porzucić uciekając do innej. Wynika z tego, że miała to być znajomość na jedną
noc. Zapomniał jednak, iż zadzieranie z magią może się źle skończyć.
Nieszczęśliwa bohaterka, wykrzykuje złość, pastwi się nad ciałem bohatera, aż
atakuje go zabawkami (symbol utraconej niewinności, dzieciństwa) i wielkim
misiem (apogeum negatywnych emocji). Po wszystkim przechodzi do porządku
dziennego. Mimo rozczarowania jest silniejsza w doświadczenia i nie będzie, aż
tak naiwna. Tak jak w piosence może być twoją klątwą albo aniołem, w zależności
od tego jak ją kochasz. Od miłości do nienawiści jeden krok, więc warto czasem się
opamiętać. Cielesność to nie wszystko, liczy się też piękne wnętrze i wspólne
pasje, one zawsze utorują historię na właściwy tor. Nie doprowadzą też do
tragedii, gdyż każde cierpienie z miłości jest utrapieniem, najgorszym
zaklęciem.