Z niecierpliwością czekałem na nowe piosenki Gagi. Nie ukrywam, że jej jazzowe wykonania pominąłem. Nie chodzi o to, że nie lubię tego gatunku. Niektóre piosenki, aż porywają do tańca. Po prostu lubiłem zwariowaną, pełną energii, często dziwaczną kobietę, z głową pełnych pomysłów.
Nie oznacza to, iż zdzierżyłbym stroje z poprzedniej trasy. Były po prostu okropnie kiczowate.
Kiedy usłyszałem o tym, że Gaga w końcu coś wypuszcza to moja radość była jak stąd (z Gdańska) do Warszawy. Czekałem z zapartym tchem, jak usłyszałem o producentach odpowiedzialnych za nowy singiel, byłem ciekawy brzmienia utworu, zarówno Tame Impala ("Same ol' mistakes") czy Mark Ronson ("Uptown Funk") to już jest gwarancja czegoś nietypowego. O Bloodpopie wcześniej nic nie słyszałem.
Wydaje mi się, że to połączenie przyczyniło się do tego, iż nowa piosenka Gagi jest idealna na pierwszego singla. Każdy z pierwszych singli miał jakiś przekaz, odnosił się w mniejszym lub większym stopniu do poglądów artystki, bądź też jej samej. Tutaj kontekst może być szerszy.
Perfekcyjna iluzja jest nie tylko piosenką o miłości, ale o życiu samym w sobie. Często zaczynamy w coś wierzyć, a to okazuje się złudzeniem, które wydawało się czymś czym nie jest, nie powinno być.
Gaga w rockowej stylizacji miota się za dnia na pustyni, a w nocy bawi się na imprezie, to wszystko okazuje się jednak iluzją. Miłość też w chwilach uniesień jest jak dobry koncert. Potrafi zabawić, poprawić humor, podnieść na duchu. Po zakończeniu imprezy często pozostaje niedosyt. Szybko przechodzi się do porządku dziennego. Tak jakby nigdy się nie odbyła.
Jak na Gagę nie ma tu górnolotnej symboliki, dziwnych strojów. Jest ona, głównie ona, imprezowicze, w tym producenci, jej mimika. Mimika odgrywa tu olbrzymią rolę.Z taką złością, namiętną irytacją wypowiada słowa piosenki, że niejednokrotnie wygląda, jakby chciała kogoś zabić. Biorąc pod uwagę jej występ na żywo w "Ćmie" boję się, że na trasie też będzie tak wyglądała
.
No ale cóż, Gaga stała się rockmanką, więc może się wykrzywiać ile wlezie. Mi to osobiście wcale nie przeszkadza. O ile jazz to szyk, elegancja i głos, którego jej nie można odmówić. To tu może sobie pozwolić na większy luz.
Jedyne do czego można się doczepić to tekst, który ciągle się powtarza. Nie psuje to jednak ogólnego wrażenia, wpada w ucho. Na pewno zachęca do zapoznania się z albumem. Świetnie, by było jakby został utrzymany w tym klimacie, albo zbliżonym do "Born this way".
Pozostaje jedna kwestia, która męczy fanów: Czemu ta piosenka nie jest/nie będzie takim hitem jak wcześniejsze? Odpowiedź na to pytanie zawiera się w koncepcji płyty, która nie będzie już raczej zmieniona (tak jak przy Artpopie: "miliony twarzy, setki miraży"). Album miał pokazać nową Gagę, nie tą komercyjną. Dla fanów jak i samej artystki to eksperyment, który nawet jeśli zniechęci niektórych fanów, to przyciągnie tych, co bliżej im do rocka.
Rihanna poeksperymentowała przy nowym albumie i sprawiła, że "Anti" w mojej opinii to najlepszy album roku. Jeśli wszystkie piosenki mają taką energię to album ma szansę być w okolicach podium, a nawet zdeklasować barbadoskę. Cóż dziwactwa Gagi przynoszą różne skutki miejmy nadzieję, że te będą pozytywne.
Ocena: 10/10 (Genialna zmiana, której jestem zwolennikiem. Może będą nowe aranżacje piosenek na koncertach. Uwielbiam jej pazura.)
Czy jesteś w stanie zabić osobę, którą kochasz? - Z tym problemem przyszło się zmierzyć głównej bohaterce. Sytuacja o tyle się zaogniła, że została postawiona pod ścianą, a jedynym rozwiązaniem w jej przypadku był atak albo kapitulacja. Brzmi to dosyć typowo jak na anime. Sposób, w który została poprowadzona akcja na tyle mnie urzekł, że warto się nad nim trochę skupić.
Twórcy postawili na coś a'la kompozycję szkatułkową. Mamy końcówkę wydarzeń, potem jest masakryczny flashback i pokazana akcja od początku.
Tutaj pokazana jest "Agencja obrony przed katastrofami paranormalnymi", która oczyszcza złą aurę, zabija złośliwe, mroczne stwory atakujące ludzi, siejące zamęt w Tokio. Są to zapewne demony, gdyż są przywoływane przez chłopca z przerośniętym ego (Kazuhiro). Ukręcił sobie cały scenariusz wokół rodziny przyjaciółek.
Wykorzystał dorastanie Kagury, by skłócić ją z Yomi. W cieniu swojej niemalże siostry jej zdolności nabierały rozpędu. Nie była jednak tak doskonała jak Yomi. Ciągle jej czegoś brakowało, mimo to była lepiej traktowana. Miała zostać powiernikiem rodzinnego stwora, ochraniającego rodzinę i nie tylko. Łasił się na niego zły charakter. Przy pomocy sfrustrowanej, odmienionej czarnowłosej damulki udało mu się osiągnąć to, że przejął innego strażnika, który był równie potężny.
Pomijam już wątek zabijania, który w tym anime nie jest czymś dziwnym. Przez manipulacje arcywroga i jego działanie na najniższe instynkty młodych dziewczyn udało mu się zaprowadzić chaos w rodzinie. Poza tym jest sadystą. Robił wszystko, aby zasiać w dobrej dziewczynie nienawiść do ludzi, świata. Okaleczył ją w taki sposób, żeby nie mogła mówić, ani się poruszać. Zrobił z niej roślinkę. Jedynym wyjściem z sytuacji była kolaboracja. Wtedy mógł ją uzdrowić, dać jej siłę.
Dziewczyna odurzona słabością zgodziła się i dołączyła do jego chorego planu zniszczenia rodziny Kagury. Następuje seria morderstw, totalnego chaosu. Anime jest dosyć drastyczne, nie przeszkadza to jednak w oglądaniu, gdyż czeka się na jakiś przełom.
Cóż, czy on następuje? Główna bohaterka, kreowana na tą dobrą jest kosmicznie irytującą osobą. Jej naiwność i nieumiejętność dostosowywania się do sytuacji naraziły bohaterów na masę nieprzyjemności, ale suma sumarum nie była taka znowu najgorsza. Uczyła się dopiero walki z siłami ciemności, a potem w wyniku nieprzyjemnych okoliczności panowania nad duchową bestią. Oczywiście nie była w tym mistrzynią, ale dostała przebłysku, że wypadałoby się wziąć w garść i pokonała swoją "siostrę".
Nie jest to jak dla mnie happy end, gdyż tamta dziewczyna sobie na to nie zasłużyła. Była tu ofiarą, a reżyser przedstawienia pozostał całkowicie bezkarny (chłopak z białymi włosami na dole). Pląsając sobie tu i ówdzie, przyglądając się jatce, która wywołał.
Ciekawa w anime jest symbolika motyli, które nie mają tu pozytywnego wydźwięku, są wręcz zapowiedzią niebezpieczeństwa. Poza tym są na granicy świata żywych i umarłych, tak jak antagonista, który kpi sobie ze wszystkiego i wszystkich. Chce zasiać w ludziach strach. Anime pokazuje, że miłość i wiara w przyjaźń mają jednak silniejszą moc.
Na uwagę zasługuje też wpadający w ucho opening, pt. "Paradise Lost", który idealnie komponuje się z klimatem anime. Sielska atmosfera się zakończyła pozostała walka o lepsze jutro.
Ocena: 10/10 (Biedna Yomi :( Świetne portrety psychologiczne postaci, podejście do rodziny, kwestii dziedziczenia, często niesprawiedliwego sprawiają, iż ogląda się to na paru płaszczyznach. Jeśli ktoś lubi szybką akcję i ciekawe zwroty akcji szczerze polecam)
P.S. Zrecenzuję też mangę. Przeczytałem parę rozdziałów i Kagura tam tak nie irytuje, na szczęście.
Co zrobisz w momencie kiedy świat się skończy? Jak spędzisz ostatni w życiu dzień? Przed tym problemem stanęli młodzi bohaterowie filmu. Cóż, były fajerwerki, zaskoczenie, pewna doza rozczarowania, ale o tym zaraz.
Poznajemy losy młodego chłopaka, który opowiada swojemu przyjacielowi o podbojach miłosnopodobnych. Po kolei relacjonuje swoje przygody. Wielkie zauroczenie, które ciągle na nim ciąży, ale wie, że to koniec i nie będzie odzewu ze strony kochanka.
Na domiar złego ma blokadę na seks analny, o której też w przypływie szczerości opowiada. Można powiedzieć, że swoją bezpośredniością uwodzi heteryka. Otwiera się, licząc na to, iż przyjaciel mu doradzi, jakoś rozwiąże jego problem.
Nie jest to jednak takie łatwe do wykonania, gdyż chłopak miota się między przyjacielem, w którym się podkochuje a swoją dziewczyną, działającą na niego (powierzchownie) podniecająco. To wszystko złudzenia i dystans, rosnący między bohaterami mimo bliskości. Wynika to z licznych niedomówień. Żaden nie potrafi w pełni wykrzesać z siebie emocji. Wszystkie ich działania są jedynie próbą przypieczętowania przyjaźni. Z jednej strony chłopcy chcą się do siebie zbliżyć, ale z drugiej ciąży na nich świadomość, że to eksperyment, gdyż ich relacja nie jest czysta. Żaden nie przedstawił swoich uczuć. Rozmawiali jedynie o własnych potrzebach, zamiast skupić się na jakimś głębszym sensie. Podświadomie chcieli uciec przed katastrofą. Dlatego starali się żyć codziennością. Jakby definitywnie zaakceptowali zbliżający się koniec, to zapomnieliby o reszcie świata i skupili na co dzień, a tak potraktowali to spotkanie jako możliwość większego zbliżenia się.
Wydaje mi się, że uczucia żadnego z nich nie były właściwie ukształtowane, gdyż balansowały na granicy przyjaźni i zakochania. Diego pragnął mieć pamiątkę po swoim przyjacielu, jeśli nie miałby już nigdy go zobaczyć i zajumał zdjęcie z kuchni, na którym był on dzieckiem. Hmm, najbardziej drażniącym momentem w filmie był ten, gdy już po alkoholu i jawnemu rozpaleniu się heteryka ten dzwonił do swojej dziewczyny. Znaczyło to dla Alexa podświadomie, że to nie on jest obiektem erotycznym. W takich chwilach nie powinien uciekać do tego, co zna, skoro chciał spróbować czegoś nowego. To zachowanie pokazuje, że chciał i nie chciał jednocześnie tego stosunku, ponieważ był silnie związany ze swoją dziewczyną i wizja nadchodzącej apokalipsy go natchnęła.
Alex przyzwyczaił się do porażek łóżkowych, więc zachowanie przyjaciela go nie zgorszyła, chciał jego bliskości przed całkowitym zatrzymaniem Ziemi(--> spowalnianie Ziemi występuje też w Sonic X, w 3 sezonie xd). To ciekawe i dosyć łatwe zakończenie żywota (poprzez wydłużenie dni i na pewno zmiany klimatyczno-meteorologiczne). Nikt by się nie spodziewał czegoś takiego, a tu dosyć nieprzyjemna niespodzianka.
Kolejnym zaskoczeniem jest tytuł, który nawiązuje do dinozaurów. Po głębszym zastanowieniu ma to sens. Cywilizacja dinozaurów skończyła się nagle, tak samo i nasza w tym filmie. Tak więc nawiązanie tytułu do komiksu nie jest przypadkowe. Coś nierealnego pokazuje wymarłą cywilizację. To nasza interpretacja ich dziejów. Podobny osąd można odnieść i do tego filmu. Stanowi zapis pewnych zachowań, jest zlepkiem różnych wizji reżysera odnośnie codzienności gejowskiej, która stanowi tło dla nieubłaganego końca. Nawet ucieczka w fikcję, nic tu nie da, koniec i tak nastąpi. Można go sobie jednak odrobinę uprzyjemnić, znormalizować.
Film pokazuje, że nie można zmienić życia w jeden dzień, ale warto wyznaczać nowe cele, przekraczać granice i pokazywać uczucia, nawet jeśli są ułomne i nie mają racji bytu.
Najpiękniejszy moment w tym filmie to, gdy Diego daje wymarzony komiks przyjacielowi. Świadczy to szacunku i oddaniu. W tle przewija się jego pociąg do mężczyzn, gdyż uczył się języka migowego, by rozmawiać ze sprzedawcą w sklepie z komiksami, jak i zaimponować Alexowi. Nie ma to jednak większego znaczenia w ostatecznym rozrachunku. Świat się skończył w momencie, gdy Diego wyszedł z domu Alexa. Nie zdążył dojść do czekającej na niego dziewczyny, ale czy szczerze tego chciał? Wiedział, że są to jego ostatnie chwile, ale wybrał przyjaciela, jedyną osobę, która w pełni go zrozumie i pozwoli zaspokoić ciekawość, co do własnej orientacji seksualnej.
Oni byli dla siebie kompatybilni, ale musieli się rozstać, gdyż ich wcześniejsze decyzje przeważyły o ich przyszłości. Musieliby dorosnąć do tego związku, czasu jednak zabrakło. Poza tym wydaje mi się, że przy absolutnym końcu nie żegnaliby świata z uśmiechem, a tak było im łatwiej, Dało się to zauważyć po ich spontanicznych decyzjach, które są typowe dla tego wieku.Pomimo zagrożenia pięknie i w zadumie przeżyli te traumatyczne chwile.
Ocena: 10/10 (piękny film, z nie tak oczywistym przesłaniem, pokazującym ulotność chwil i oporność ludzkich charakterów; koniec nie zawsze musi być gorzki)
Z mroku wyłania się gitarzysta. Przygrywa sobie do momentu, gdy widzi kartkę z zapisem nutowym.
Chwyta ją. W tym momencie pojawia się gitara z głośnikiem. Wszystko to brzmi dosyć abstrakcyjnie, ale tak właśnie zaczyna się świetny i drapieżny klip do piosenki Hardwella pt. "Sally".
Czytałem komentarze na youtube i się zdziwiłem potraktowaniem teledysku w sposób prześmiewczy, jakoby był wulgarny, a tekst nijaki. Rzeczywiście jest on ostrzejszy niż ludzie mogliby się spodziewać po jakiejś grzecznej piosence (takich coraz mniej, a fragment:"I've been fucking Sally" nie sugeruje pojawienia się Troskliwych Misiów ani innych bajkowych stworzonek). Tekst nie jest może wybitny, ale wpada w ucho, wkręca i zachęca do dalszego odtwarzania.
Jak widać nie tylko bohater teledysku został wciągnięty w ten świat. Ja go kupuję; brudny rockowy klimat z elektronicznym grzmotnięciem. Poza tym hipnotyczne zielone oczy, tajemnicza otoczka - kobieta wyłaniająca się znikąd. Właściwie wszystko jest na granicy snu i jawy. Chłopak sprawia wrażenie, jakby chciał się obudzić z tego koszmaru, ale jest zmuszony do gry i przeżywania jej z tajemniczą mroczną damą.
Podczas motywowania go, przysłowiowego ciągnięcia za sznurki wykonywała obsceniczne ruchy, przypominające masturbację. Było widać, że im mocniej grał tym bardziej podniecona, zrozpaczona była. Krzywiła się, wiła, a on grał coraz szybciej,aż do momentu odłączenia sprzętu, wytrysku.
Jak widać można tu przyjąć dwie ścieżki interpretacyjne:
1) Chłopak znalazł gitarę i se na niej grał, a dziewczyna się krzywiła, bo skupił się bardziej na instrumencie (nawet to jest dwuznaczne), niż na niej (druga połowa tej ścieżki jest absurdem w kontekście całości, ale nie miałem pomysłu na to, co ona mogłaby robić innego, w wypadku wykluczenia drugiej opcji)
2) Chłopak znalazł się w przestrzeni magicznej, na pograniczu światów, madame mrok to czarownica, a wyuzdana gra na gitarze to symulacja seksu, którą odczuwa na sobie, przez co oboje przeżywają rozkosz i się zatracają do odłączenia sprzętu, jego przebudzenia.Wykorzystał okazję, by dać dyla od niej, gdyż zniknęła mu sprzed oczu. Chwilę po jego ucieczce bierze gitarę i zapewne rusza na poszukiwanie kolejnego młokosa, który by ją zaspokoił, ujarzmił jej fantazje i zmysły.
Przewinęła mi się myśl, że to może być też pewnego rodzaju kara, przestroga, by nie traktować kobiet przedmiotowo, bo wychodzą z nich demony. Z drugiej strony zarówno mężczyzna, jak i kobieta mimo bólu czerpali przyjemność, dali się ponieść chwili, więc na pewno nie są stratni.
Ocena:10/10 (Może się to wydać dziwne i niesprawiedliwe, ale doceniam takie pieprznięcie, rozładowanie atmosfery w rockowym stylu i koszmar, który się urzeczywistnienia, nieograniczona żądza.)
Ostatnio muzyka elektroniczna się mnie trzyma. Dostrzegam w niej pewną uniwersalność, gdyż poza bitem, jest też tekst i przekaz. Wybrany przeze mnie teledysk doskonale obrazuje miłość do tej formy przekazu, gdyż zarówno wyśpiewane słowa, jak i obraz hipnotyzuje i zaciekawia do samego końca.
W klipie ukazane są sceny rodem z "Alicji w Krainie Czarów". Całość jest dosyć bajkowa. Zaczyna się uroczo, blondynka próbuje złapać gwiazdy, które się wytwarzają koło niej. Dotykając jednej z nich przenosi się do pomieszczenia z tajemniczym pudełkiem. W tejże rzeczy znajduje się niezwykle pięknie przystrojona kobieta. Macha dziewczynie. Zawiązuje się między nimi kontakt wzrokowy i ich palce się stykają. W ten sposób przenosi się do świata zawartego w pudełku.
Tam czekają na nią atrakcje znane z "Alicji...", związane z nieurodzinami. Gościami są 2 zachowujące się perwersyjnie kobiety, które popijają herbatkę, karmią się i ogólnie umilają wizualnie teledysk. Suseł podaje Alicji napój ("Drink me"), a zając ciastko ("Eat me"). W momencie, gdy Alicja wypiła dziwaczną miksturę to pojawił się Kapelusznik, gospodarz całego przyjęcia. Natomiast kiedy skosztowała słodyczy, to zatraciła niewinność, dostała kapelusz. Stała się niewolnicą, zabawką niebezpiecznego panicza. Weszła na stół, wzięła do ust truskawkę i w pocałunku zaczęła karmić swego władcę. W tym momencie ujęcie się przenosi na kolejną ofiarę tego abstrakcyjnego świata, idealnego, który jest ucieczką od niepewnej groźnej rzeczywistości.
Teledysk to takie walenie obuchem albo świadome masakrowanie się, by uzyskać efekt WOW. Im dalej w las tym więcej drzew. Tu się ta maksyma doskonale sprawdza.
Wchodząc do zaczarowanego świata dziewczyna się waha, nie wie co robić. Widząc luźny klimat spotkania ulega zaproponowanym atrakcjom, już samo siedzenie przy stole, jest zaakceptowaniem sytuacji. Z drugiej strony to była transakcja bezzwrotna, ukierunkowana na konkretny efekt.
Kuszenie dziewczyny odbywało się od samego początku. Zaczęło się od niewinnych zabaw, a z chwilą wkroczenia do świata Kapelusznika stała się podatna na jego magię. Nie wahała się próbować nowe rzeczy, po wypiciu substancji, stała się bardziej pobudzona, było widać zmianę w zachowaniu. Gospodarz przybył, by sprowokować nową zabawkę do całkowitego poddaństwa. Zobaczyć efekt własnej zabawy, czy wszystko przebiega właściwie. Zakończenie teledysku nie przytoczę, ale zaskakuje brutalnością i siłą zła, gdy mu się poddamy.
Ogólnie teledysk jawnie nawiązuje do różnych kreacji kobiet, ale przede wszystkim do Alicji i Ewy - pierwszej kobiety, to ona dała się skusić, poczuła różne emocje. Tutaj jednak demon - kapelusznik odbiera dziewczynie niezależność, wybór, zamyka w wąskiej przestrzeni, w fikcyjnej idylli, w której jest dobrze, gdyż świat utworzono w sposób ściśle hermetyczny. Nie ma możliwości opuszczenia go, ale jako takie problemy nie istnieją, gdyż wolna wola zanika. Motyle są tu przedstawione pejoratywnie, są jedną z form kapelusznika.
Nadanie kapelusza stanowi uprzedmiotowienie, dołączenie do marionetek mistrza. Można to też odebrać, jako proces upodlenia kobiety. Mam tu na myśli, że im bardziej zatraca kontakt z rzeczywistością i poszukuje arkadii w tym większe bagno wdeptuje i daje się mu wchłonąć bez pamięci. Zatraca kontakt z rzeczywistością i liczą się dla niej chwilowe uniesienia, które dają krótkotrwałe uniesienia. Klip stanowi ostrzeżenie przed brakiem granic, wpadaniem w złe towarzystwo, uwierzeniem pozornie życzliwym ludziom, z którymi zaczynamy się staczać, a oni nami manipulują. Cały teledysk to piękna metafora upadku, to od nas zależy, czy się podniesiemy, jednak czasem już za późno i nawet lament oraz chęć poprawy nic nie zdziałają.
Ocena:10/10 (Piękny łańcuch upadku, jak jedna osoba pochłania drugą, pewien rodzaj patologii i kanibalizmu - zaskakujący teledysk z przesłaniem.)
P.S. Klip jeszcze raz skomentuję po przeczytaniu Alicji, by zastanowić się na ile teledysk przetwarza klasyczną historię, a na ile jest jej odzwierciedleniem.
Recenzja tego miała powstać dawno. Klubowe klimaty to nie do końca moja bajka, jednak muzyka elektroniczna to skarb. Przy jej pomocy można wyrazić chaos emocji, co bardzo cenię, poza tym klipy są często ciekawe, pokazują zagubienie, osamotnienie, albo szaloną, ekstatyczną zabawę.
W tym teledysku dosyć wyraziście pokazana jest imprezowa orgietka, ciężko to inaczej nazwać.
Nie jest to widok dla osób przesadnie konserwatywnych, chociaż u wielu umoralniających to rzecz względna. Dziewczyny w sposób obsceniczny eksponują swoją seksualność przy połączeniu małpiątek, stanowiących połączenie zwierzątek z "We came to bang" i małpich reakcji z "Bad Touch". Zmieszano podkład z obu piosenek, dodając wokal z tej drugiej. Efekt jest piorunujący.
Skandaliczny teledysk, świetna piosenka, totalne zepsucie i niekończąca się impreza. Szaleństwo czasem się przydaje, ale trzeba mieć limity na imprezach, bo się kończy, wyglądając jak karykatura, chociaż w zupełnie innym świecie. Nie zawsze musi być wszystko pozytywne, nastawiające się jedynie na własną przyjemność, tu jest istne kongo i chuć. Zupełnie odwrócono rolę kobiet, w porównaniu do tych z "We came to bang", tutaj chcą być poniżane, zalewane, własnością facetów. W tamtym mogą się mścić na takich kretynach, co traktują przedmiotowo, jednak często to świadomy wybór.
P.S. W ramach przypomnienia druga piosenka użyta w tym cudeńku:
Ocena: 8,5/10 (Świetna muzyka, teledysk nie najgorszy z pomysłem, zabawny, ale bardzo zboczony i trochę uprzedmiotawiający kobiety. Chociaż potrafi zmusić do przemyślenia kobiecej roli w życiu mężczyzny, gdyż często jest spychana do parteru.)
Miałem problem z nazwaniem tego postu. Nie chciałem spoilerować dokładnie o czym, będzie ten klip.Wynika to z tego, iż zaskakuje i jak wcześniej recenzowany przeze mnie teledysk sygnowany pseudonimem "3LAU" wprowadza widza w zaciekawienie, zaszokowanie, a także prowokuje do myślenia.
Na początku nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Dziewczęta szykują się na wyjście. Nie idą jednak na stadion, boisko, salę szkolną, a na korytarz. Co dziwniejsze idą z pobitym mężczyzną w stroju królika na sparing z kurczakiem, rekinem i bykiem.Dziewczyny zagrzewają do walki, robią nawet za trenera. Całość przypomina pojedynek na ringu w dziwnej aranżacji. Słodycz i zakrwawione oblicza tworzą całkiem zgrabny kontrakt. Psychodelizm scen przypomina mi połączenie: "How you love me" i "Dead Unicorn". Gdyby nie aranżacja muzyczna i pojawiająca się między scenami piosenkarka, to ten teledysk mógłby robić za zwiastun porządnego thrillera.
Chciałbym jednak wrócić do zwierzątek. Główny bohater jest Królikiem, znaczeniowo to symbol czystości. Oznacza to wejście do niebezpiecznego środowiska, gdzie będzie musiał przejść próbę. Kolejno postacie, które napotyka to: Kurczak (symbol nieogaru, spontaniczności, kretynizmu), Rekin (na początku walczy, ale potem prosi o litość, zostaje rozsadzony przez obrożę na szyi) i Byk (nieugięty stwór, niepohamowany temperament, brnący konkretnie do celu).
Z każdym kolejnym przeciwnikiem chłopak nabierał doświadczenia i mimo tego, że sam był nieźle poturbowany to walczył dalej i się uodporniał na cierpienie rywali, byleby przeżyć. Dziewczyny w ten sposób pozbywały go ludzkich emocji. Po pokonaniu przeciwników i udowodnieniu hardości charakteru, mimo poturbowania dostał obrożę, stał się elementem niebezpiecznej zabawy dziewczyn, zgodził się być jej uczestnikiem.
Intrygujące mogą być motywy dziewczyn, które zostały pominięte przez co można się jedynie domyślać, co je do tego skłoniło (tutaj można nieźle spekulować: od odrzuconych zalotów do zdrady, gwałtu). Widać doskonale, że je to bawi i nie zamierzają tego widowiska szybko skończyć, upodabniają się do Bogów, Rzymskich Cezarów, mających władzę nad niewolnikami. Wyraźnie cieszą się sukcesami,a przegranych traktują jak śmiecie, nie interesują się dalszym losem (głowy zwierząt leżą w kącie). Stawiają chłopaka w sytuacji bez wyjścia wypracowały go sobie. Nawet dostał buziaka od jednej z czirliderek. Piosenkarka swoją mimiką wykazuje aprobatę, śpiewa radośnie (z nutą waleczności) o całej sytuacji. Kontrasty w połączeniu z tekstem pokazują, iż oddając się szaleństwu, własnej agresji można odnaleźć siebie. Nie jest to przekaz dla najmłodszych. Ten przekaz stanowi ostrzeżenie, że łatwo ulegamy wpływom innym, gdyż szkodzenie innym, chęć huku, bitki, przemocy jest w nas samych, a są one próbą zabliźnienia strachu przed nieznanym.
Klip nie jest jednoznaczny do oceny, gdyż mimo cierpkości, ma w sobie rześkość i wyczuwalną adrenalinę. Stąd też można uznać, iż zachowanie dziewczyn to czysta rozrywka. Uważam jednak, że psychopatyczne zachowania nie należą jednak do typowego spędzania wolnego czasu. Sztuczna walka o przetrwanie, tandetność formy (małe koszmarki w roli Bogów, zwierzątka - w środku zakrwawieni i sponiewierani mężczyźni) ukazują, iż największą krzywdę ludzie wyrządzają sobie nawzajem, nie bacząc na konsekwencje, licząc na czystą rozrywkę.
Ocena: 10/10 (Kolejny klip pokazujący silne kobiety, demoniczne, mściwe i bez skrupułów. Podoba mi się to, nie chciałbym jednak mieć z taką do czynienia, ani sobie czymś jej nagrabić).
P.S. Szaleństwo, krew i cierpienie bez przyczyny to motywy, które przewijają się na co dzień i wynikają z ludzkiego egoizmu.
Klip z kuźni rosyjskiej o… I tu pojawia się czerwona lampka
i pytanie retoryczne: o martwym jednorożcu? Przecież one nie istnieją, to jak
mogą być martwe i w ogóle poruszane w utworze muzycznym. Uważam, że znacznie
lepsze to, niż kolejne piosenki o tyłkach, piersiach; o nogach były dużo
wcześniej i nie miały tak aroganckiego wydźwięku.
Ale wracając do tematu: Czym jest Creepy Clown i martwy
jednorożec? Odpowiedź na pierwszą część pytania jest dosyć oczywista -
psychopatą, który w wyniku smutnych okoliczności ze słodkiego klauna
przeistoczył się w występującą w horrorach, grach, masowej świadomości zmorę
niszczącą dziecięcą fantazję o przyjaznym świecie. Interpretacja jest jednak
dosyć powierzchowna, gdyż poza bezsensownym straszeniem, mordowaniem, bądź
napawaniem się cierpieniem innych, kryje się za nim wstrząsająca historia.
Ofiary znajdujące się w szopce/garażu/pomieszczeniu roboczym
to mężczyźni, którzy zgwałcili i wykorzystali córkę clowna. Ojciec podłączył ją
do inhalatora, żeby łatwiej było oddychać i egzystować spokojniej. Poparzona
twarz podkreśla okrucieństwo jakie ją spotkało. Pikanterii dodaje fakt, że
oskarżony o gwałt mężczyzna zostaje uniewinniony ze względu na niewystarczający
materiał obciążający.
Jestem w stanie zrozumieć, więc psychopatyczne zapędy
człowieka, który utrzymywał przy życiu roślinkę, a w tym czasie gwałciciele
spokojnie sobie szli ulicą. Przejście ze światła w mrok nie jest tu jednak
wyraźnie zarysowane. Uwidacznia się to chociaż w postawie klauna, mimo
mszczenia się chce dać dziecku odrobinę nadziei, jednak w momencie stworzenia
mitycznego stworzenia, hybrydyzacji człowieka z rogiem, rzeczony stwór (ex
gwałciciel umiera). Klaun popełnia samobójstwo, widząc, że jego dzieło jest
nieskończone. Końcówka klipu nie jest jednak zbytnio jednoznaczna. W momencie
śmierci ojca, odradza się stwór, oczy zmieniają kształt na zwierzęce, a
dziewczynka jest zaskoczona. Nie wiadomo co ciało na hakach zamierza z nią
zrobić, pojawia się za to ogromny uśmiech na twarzy nowego bytu.
Warto tu poruszyć jeszcze zombiaki, czyli członków Little
Big, którzy jako trofea na ścianie wyśpiewywali tekst, budując nastrój grozy.
Słowa świetnie łączyły się z obrazem. Klaun znikąd odcina głowę świadkowi (2
gwałcicielowi), bierze ją do auta i skupia się na właściwym celu (tym
uniewinnionym).
Poza tym ten złoty pył, co dmuchnął w stronę swojej ofiary – sprawcy – prawienowegobytu (mężczyzna+ciało kolegi, tworzą posturę jednorożca)też
może symbolizować magię, której pełno w tym utworze. Niezwykle wyraziście
ukazane balansowanie między życiem, a śmiercią, a przede wszystkim zaczarowany
proszek, mogący uskrzydlić osobę obdarowaną (tu zdecydowany ukłon do
Dzwoneczka, bądź ogólnie pyłu jako potężnej magicznej substancji), albo tchnąć
w nią życie.
Zastanawiający jest więc fakt, dlaczego klipu nie nazwano:
„Ożywiony jednorożec”, „Człowiekorożec”, „Jednorożec we krwi” (zakrwawiona
zabawka jednorożec dziewczynki). Każde z tych określeń jest prawdziwe jeśli
założymy, że całość skupia się na rzeczonym jednorożcu. Prefiks w postaci słowa
„martwy” sprawia jednak, że to on określa i nadaje wydźwięk całości i stanowi
najbardziej pojemny zbiór pojęć, gdyż nie należy go odbierać zbyt dosłownie.
Teledysk skupia się na wartości życia, które jest kruche, a jedno
wydarzenie może uśmiercić nasze marzenia, jeśli dotknie bliskiej nam osoby.
Pokazuje to niestety, jak empatia na toksycznym gruncie może doprowadzić do
szaleństwa. Tu jednak trzeba zaznaczyć, że przedstawiona sytuacja należy do
tych bardzo skrajnych. W każdym razie nazwę odbieram, jako utracone marzenia,
co się w pewnym sensie wiąże ze śmiercią. Czym jest człowiek żyjący tylko monotonią
dnia, bez żadnych planów?
Creepy Clown miał zapewne swoje aspiracje, nieograniczające
się do mszczenia na marginesie społecznym, jednakże sprawiedliwość okazała się
nieskuteczna i sam musiał osądzić sprawców. Przy okazji zamierzał dokonać
niemożliwego. Zabawił się w rekonstruowanie jednorożca na ogłuszonym człowieku,
więc najpierw pozbawił godności, potem egzystencji, a na końcu prawdopodobnie
jego duch, obie dusze, otępiała ofiara, albo sam zamysł ciężko tu jednoznacznie
stwierdzić stał się jednorożcem, ale martwym, gdyż tak naprawdę opierał się na
demonach z przeszłości. Jest tylko urzeczywistnieniem chęci zemsty, odkrywaniem
niezabliźnionych ran, a to znaczy, że nawet jeśli w założeniu twórcy miał nieść
radość, uszczęśliwić na chwilę, to jednak istnieje wbrew prawom natury,
moralnym, a nawet boskim. Oznacza to, iż taka bomba emocjonalna w każdej chwili
może wybuchnąć i jeszcze zranić tą, dla której się poświęciło rozum i całe
swoje dotychczasowe, spokojne życie.
P.S.1: Jednorożec jest symbolem czystości. Jaka w nim
niewinność, jeśli części składowe – klaun, zbrodniarz dopuściły się grzechów,
magii, nic dziwnego, że był martwy, to tylko ożywiona kupa mięśni, której wola
ludzka nadała kształt, ale pozbawiła duszy. Nie można na siłę zmieniać ewolucji,
ani przeszłości kosztem teraźniejszości.
P.S.2: Czarny róg również pokazuje obłudność idei, gdyż ofiara składana jest ciemności, a nie światłu, stąd też może samobójstwo klauna.
Ocena teledysku: 10/10 (Przyznam szczerze, że nie spodziewałem
się takiego mózgotrzepu. Zapewne ze względu na masowość jednorożca w kulturze
(nieuchwytne, niewinne, zanikające w przestrzeni stworzonko). Zajrzałem w to
cudo i się nie zawiodłem. Recenzja powstawała 3 dni, klip został parokrotnie
obejrzany. Świadczy to o chęci zgłębienia tej wizualnej rzezi na odbiorcy,
swoistym sprawdzianie naszego człowieczeństwa. Dla takich historii warto się
pokatować.)
Na film trafiłem przypadkiem, oglądając Jedynkę. Od początku było widać, że to na pewno nie jest typowy gniot serwowany nam na co dzień,
albo przeurocza opowiastka. Pokazuje szarą rzeczywistość. Ludzi bez perspektyw;
mimo ukończenia studiów znajdują się w czarnej dziurze („polskiej dupy”),
zwanej Łodzią.
Mimo, że byłem w tym mieście i miało swój urok („Piekarenki”
i kioski), panuje w nim atmosfera bezsensowności, zadupia przystrojonego
wielkomiejskością. Film doskonale to obrazuje. Ludzie tam mieszkający,
studiujący nie są przekonani do perspektywiczności swojego życia, często
ogranicza się u nich do powtarzalnych czynności. Moloch stwarza pozory
samowystarczalności, uzależnia, kształtuje, a raczej deformuje świadomość.
Ludzie nie istnieją poza tym miastem, które nawet nie ma własnego rynku, a
jedną długą ulicę. Wszystko toczy się w zamkniętej przestrzeni. Jedynie
ucieczka/wyjazd wydaje się pomóc, zmienić monotonię życia.
Z takiego założenia wyszła dziewczyna głównego bohatera,
która udała się do Warszawy, by zmienić coś w swoim życiu. Chłopak nie potrafił
się z tym pogodzić. Dziewczyna, widząc to zrywa z nim. Pokazane są rozterki
Marcina i co się dzieje, gdy spotkał Kasię po rozstaniu.
Wydaje się to może naiwne, ale pomiędzy gorzką ironią, a
zabawą w chowanego (próba odzyskania telefonu od byłej), Marcin zaczyna
dostrzegać, iż nawet w pustce są przebłyski. Wchodząc w ciemność nie należy do
niej. Manie mające zakryć bezsensowność (wiara w kontakt z obcymi), imprezy,
używki, uzupełnianie pustki. Oprócz bezradnych nastolatków, zarzyganych
imprezowiczów, jest też kolega kuszący bohatera. Proponuje mu prostytutki w
ramach odwetu na niewiernej dziewczynie. Chciał przetestować, czy myśli penisem
i daje się zaspokoić swoim żądzom. Chłopak jednak nie kieruje się pokusami, ma
w sobie zbyt wiele godności. Nie chce w ten sam sposób, nie wiedział, że to
prowokacja, zabawić się i oszukiwać, neutralizować ból, rozczarowanie. W
dziewczynie z agencji poznał swoją koleżankę. W przeszłości miał analogiczną
sytuację, mógł się z nią zabawić z kolegami, jednak on nie należał do takich.
Na końcu po wielu rozterkach na dworcu pojawia się dziewczyna i chce powrotu.
Okazuje się, że rozstanie było pozorne i nieprzemyślane.
W wąskiej przestrzeni splotły się dwie dusze, to one ją
rozszerzyły, sprawiły, iż emocje stały się prawdziwsze, niezbywalne. Marcin
chce prywatności, tęskni za dziewczyną, przestrzeń staje się mało istotna.
Nawet potrącenie przez auto go nie zraziło, gdyż w swoim miotaniu miał cel,
który uświadomił sobie dopiero, gdy ona odsłoniła swoją duszę i to, że nadal go
kocha.
W filmie pojawia się ciekawy moment, kiedy na imprezie mówi
Kasi, że jest ciekawy jak wygląda w trumnie. Ona się do niej kładzie, ironia z
jaką to robi, świadczy, iż czuje się Panią sytuacji. Jest to jednak zwycięstwo
pozorne. Mimo zabawnego stylu życia bez Marcina jest niepełna, gra, którą
prowadzi mogła zostać spowodowana bardzo bliskim zespoleniem, jakiego
doświadczali w związku. Wygłupy, zgranie, słodkie minki, ale przede wszystkim
chęć znalezienia miejsca w świecie.
Czy jest się prostytutką, facetem z dziwnymi obsesjami,
fotografem, a może zwykłym ruchaczem to szuka się swojej przestrzeni, granic, w
których można rozwijać własne pragnienia, idee. Świadczą o tym sceny w budynku,
gdzie reżyser kłócił się z aktorami. Trzeba poświęcić nerwy, by odnaleźć się w
tej matni, bezsensie codzienności. Ludzie żyją z dnia na dzień, nie mają
wielkich ambicji, wystarczą im drobne rzeczy. Podstawowe uczucia są jedynym
skarbem, na jaki mogą sobie pozwolić. Dlatego pomimo różnych patologii i
irracjonalności można znaleźć szczęście, ukształtować przyszłość. Aleja
Gówniarzy to przejście z nocy w dzień. Historia mentalnego dorastania, które
bez zagęszczenia chaosu, pozostałoby na poziomie początkowym i młodzi
cierpieliby w swoich światach.
Dzięki integracji postaw, przemyśleń, wspomnień,
wszystko wydarzyło idealny koniec. Chłopiec z bajki stał się mężczyzną i
założył dom, a kapryśna dziewczynka cieszyła się, że ma osobę dla której jest
dla niej całym światem. Żyli długo i szczęśliwie, wychowując dzidziusia; mając
cele, nie zważając na nonsensowność otoczenia. Całego świata człowiek nie zmieni, może jedynie elementy wokół siebie. Nawet kopie stają się oryginałami, a niedociągnięcia mogą stać się nauką na przyszłość i zachętą do mobilizacji.
Zdarza się, że piosenka, bądź teledyski są przekombinowane.
W ostatnim czasie jednak coraz więcej takich przypadków, w których dominuje przysłowiowe nic, albo niewyraźny zlepek wyrazów, tworzący chaotyczny rym, który wytwarza
drobną psychodelkę.
Niekwestionowanym mistrzem, w której strona audiowizualna
wzbudza negatywne emocje na kilometr i oszołomienie jest Azaelia Banks (Brooke
Candy to nie muzyka) ze swoim klipem Jung Rapunxel.
Jakiś czas temu pojawiła
się wokalistka, która zszokowała mocniej rzeszę internetową, niż gitarzystka Patty w DD TVN, czyli
Natasza Urbańska.
Z czym się kojarzyła ludziom? Na pewno z klasą,
wyniosłością, mnogością talentów, ekstrawagancją, determinacją, siłą. Mimo
wielu prób nie może zrobić kariery, która pozwalałaby jej stać się szanowaną piosenkarką.
Album „One” miał być przełomowym, pokazać wielość kreacji,
duszę artystki, jednak ona poza Teatrem Buffo ulatuje. Natasza jest
perfekcjonistką, nie wszystko jej wychodzi, pewnych niedociągnięć nie da się
zakryć. Bezkrytyczność w swojej twórczości i nieprzeanalizowanie targetu
poskutkowało odepchnięciem jej i wepchnięciem w szarą strefę. Wielość planów i
silna ambicja zablokowały odbiór, gdyż zamiast skupić się na promocji jednego
nurtu, każdemu poświęca część siebie. Ma za słabą pozycję w show
biznesie, żeby pozwolić sobie na tak ryzykowne manewry.
Spełniając swe
marzenia, nie jest atrakcyjna, gdyż ludzie nie wiedzą, jak ją odbierać. Falę nienawiści
i goryczy nakręcają na nią portale plotkarskie, sugerując dziwne rzeczy, nie
mające odzwierciedlenia w rzeczywistości. Pani Urbańska zdaje sobie sprawę z
tej dziwnej tendencji, jednakże dalej brnie w wytyczony przez siebie szlak.
Uważam, że ma złych doradców, gdyż nie potrafią jej ukierunkować.
Płyta "One" jest takim muzycznym bałaganem, jak i sama otoczka
wokalistki. Niemożność sklasyfikowania się powoduje wielość kreacji, a przez to
i zniekształcony odbiór. Jeżeli metamorfozy przebiegałyby w wolnym tempie, albo
byłyby na którymś z kolei albumie piosenkarki, to wtedy problem nie
zaistniałby, jak w tym wypadku. Natasza pokazuje nam różne kreacje kobiece, co
jej wychodzi, ale na ile w tych tekstach odnajduje się ona sama.
Pełna gama
kobiecych charakterów jest ciekawym pomysłem na album, ale przeistoczenie z
wesołej damy w naćpaną imprezowiczkę (Rolowanie) stanowi zbyt psychodeliczny
zabieg, zwłaszcza wizerunkowy. Odbiega od bycia „polską Beyonce”.
Tutaj wszystko zostało odarte z cnotliwości, nie ma jakiejś
klasy. Dzika impreza, gubienie w Realu, królowa z bajki, to wszystko łączy się
w hybrydę Woody’ego Allena, Edgara Allana Poe i programu z MTV. Wprowadzając tu
znakomitego autora opowiadań grozy, popełniłem faux pais, ale nie mogłem
inaczej; ten dramatyzm, dzikość. Zlew, pseudoopętanie – pokazanie upadłej
gwiazdy.
Komiczność teledysku opiera się na kontraście między rzeczywistością
a wytworem – odważny krok, okazał się swoistym harakiri, kolejny teledysk:
Escamillo przeszedł bez echa. Podczas, gdy o wybrykach Nataszy postanowiła
przypomnieć pewna Pani od uzdolnionej gitarzystki, wyśmiewając się z kogo popadnie.
Cokolwiek, by nie mówić o tym dziele doczekało się ono
zacnych przeróbek, parodii. Mimo chwytliwego bitu Tragejszyn na bekstejdżu nie
sprzedało się, może też dlatego, iż uderzało w śmietankę towarzyską,
imprezowiczów. Jakby się skupić jedynie na warstwie symbolicznej, to mielibyśmy
piękny obraz upadającej kobiety, która walczy sama ze sobą, bawi się, świruje,
by pozostać na ubawie, w tym teatrze nocnej codzienności. Brak pruderyjności jest
zarówno gwoździem do trumny, jak i wybawieniem tej piosenki. Sądzę, że to nie
był ten moment. Nie taka promocja. Rozgłos był, ale prześmiewczy, mimo
ciekawego tekstu (przydałoby się parę poprawek), melodii i pięknej kobiety. Nie
wszystko da się zsynchronizować i ułożyć w jednolitą całość, zwłaszcza, gdy się
chce żonglować kreacjami, nie mając jednej uściślonej.
Na koniec parę wytworów zainspirowanych oryginałem:
1) Cezik zainspirowany wytworami Natki i Wiśni połączył ich w niebanalnie zabawnej otoczce :)
2) Kto lubi klasyki? Oto klasyka na miarę naszego stulecia.
Jest wiele animców, po których się chce krzyczeć z radości,
smutku, rozwalić świat, posiąść super moce, czy móc przez chwilę wejść w skórę
bohaterów. Tego typu anime prowokują mnie, by sięgnąć po mangę. Gorzej, gdy
ciągle jest wydawana, a największa męczarnia dla czytelnika następuje wtedy, gdy nagle jest przerwa w
uploadzie. Dlatego mimo rosnącej irytacji w oczekiwaniu, chciałbym wam
przybliżyć Brynhildr In the Darkness (Gokukoku no Brynhildr).
Anime jest o czarownicach, kosmitach i supermocach, brzmi to
może niedorzecznie z punktu widzenia racjonalnie myślącego człowieka, jednak Lynn’owi
Okamoto udało się stworzyć coś zgrabnego w mandze, a w anime jest lekki
rozdźwięk. Początkowo wydarzenia się pokrywają, ale część rzeczy zostaje
spłaszczona, zmieniona i pojawia się masa niedomówień, dziwnych splotów akcji.
Nie da się ponad 90. rozdziałów zamknąć w 13. odcinkach. Mam nadzieję, że
październikowy odcinek specjalny wniesie coś nowego, uzupełni braki w historii,
dopowie pewne kwestie.
Przykro mi, że Kazumi została pokazana jako napalona
dziewica. Oglądając serię czułem, jednak do niej sympatię i żal, iż jest
ignorowana, biorąc jednak pod uwagę uczucie Ryouty do Kurohy nie mogło być
inaczej. W mandze jej wybuchowy temperament świetnie się uzupełniał z
dramatyzmem i rozpaczą.
Rozpacz (Despair) jest tu słowem kluczowym, by zrozumieć postawy bohaterów na obu nośnikach. Wszyscy chcą żyć, a czas czarownic jest dosyć ograniczony,
tylko przy pomocy tabletek są w stanie przeżyć, maksymalny czas przetrwania bez
medykamentów wynosi 48h, wtedy dziewczyna rozpuszcza się całkowicie i umiera. Ten
karygodny proceder zaistniał przez szalone idee naukowca, oraz organizację,
która chce stworzyć nowy ład na ziemi, rozbudzając Drasile, które znajdują się
w czarownicach.
Anime mimo 2. bardzo klimatycznych openingów, nie podejmuje
pewnych kwestii ze względu na wąski czas antenowy. Są ukazane momenty z mangi,
jak np. wielki ożywiony kosmita prezentowany nowej pracownicy departamentu, ale
też pewna mechanizacja życia i świata otaczającego. Zasługuje to na pochwałę, jak i dwoistość świata, na którą składa się to, co widzi każdy (kolorowy wycinek z życia), jak i zniszczone miejsca (monochromatyczne). Można to
zinterpretować, jako świadomość bohaterek, iż są zaczątkiem zagłady, ale nie
chcą ginąć, gdyż świadomie nie wybrały takiego losu. Drugi opening nie niesie,
aż tylu przemyśleń, ale znikająca Kuroha, desperacja w pełni, destrukcja, nikczemność, tajemniczy
Hexenjagd, zła siostra – Mako, Ichijitsu i mega post-hardcore’owa nuta pełna
zwrotów akcji idealnie oddaje zagmatwaną fabułę, która nawet mimo uproszczenia i paru przejść nadal jest w miarę spójna.
Czarownice zostały siłą wepchnięte w koncepcję zniszczenia
ludzkości. Osoby, które to zainicjowały, nie wahają się jednak niszczyć swoich narzędzi do osiągnięcia celu. Przydzielono im kategorie.
Przypomina mi to
podział ludzi w obozach koncentracyjnych, gdyż nieważne, jak czarownice będą
się starały i tak czeka je śmierć, w mniej lub bardziej wyrafinowany sposób.
Najgorsze jest jednak to, że są gotowe układać z oprawcami, by nie zostały
odłączone. Każdy w momencie ostatecznego końca woli go uniknąć, wyjątek
stanowią osoby, które gotowe są umrzeć w imię wyznawanych wartości. W wypadku
tych dziewczyn nie można o czymś takim mówić, gdyż większość życia spędziły w
laboratorium. Wszelkie wyjście poza jego teren jest odstępstwem od szarej
codzienności, w której muszą się nawzajem wyniszczać, bądź godzić się na
okrutne eksperymenty, by móc dalej żyć. Nanami vel manipulator świadomości nie
była zła, wykonywała polecenia, a przy tym chciała się nacieszyć wolnością.
Każda czarownica, opuszczająca laboratorium na swój sposób wykorzystywała ten
czas, chyba, że była maszynką do zabijania. Mimo wszystko skłaniałbym się ku
tezie, iż w większości przypadków próbowały się przystosować do społeczeństwa,
zaistnieć w nim,a nie być skazanym na potępienie wytworem.
W najlepszej sytuacji znalazły się czarownice uciekinierki,
gdyż nikt ich nie chciał ze względu na słabe moce. Zostały wyłączone z systemu,
dzięki czemu mogły wieść pozornie spokojne życie do czasu skończenia się
tabletek.
Dobrze przemyślanym chwytem dla mnie było też dążenie Ryoty do odkrycia,
czy Kuroha Neko, to Kuroneko, scena w anime nie oddaje klimatu z mangi, gdyż
pominięto Kazumi. Z całej serii została najbardziej poszkodowana, bo mimo
pozornie niskich pobudek – chęć seksu przecież taka trywialna, to jej życie
wisiało na włosku, nie chciała umrzeć, jako dziewica, chciała mieć chłopaka,
ale upatrzyła sobie niewłaściwą osobę. W mandze różne wątki były rozszerzone,
tak więc i jej zboczenie nie wydawało się przesadzone. Nie oszukujmy się, każdy
ma w sobie zboczeńca. Pod maską
wylewności kryła się delikatna istota, co wielokrotnie pokazała. Dla mnie
najciekawsza postać z serii, szkoda, że jest traktowana pół żartem, pół serio.
Na pewno postać profesora, przyjaciela i wuja Ryouty
zasługuje na parę linijek, o ile w anime to dobry, inteligentny człek, to w
mandze zdecydowanie się wyłamuje z tej konwencji. Długo nie dowierza w magię,
potrzebuje dowodów na to, iż to nie jest jakaś młodzieńcza fantazja z czarami. Poza tym spodobały mi się gagi z jego udziałem, odnośnie
tego, że ze względu na chorobę lokomocyjną wszędzie chodzi pieszo. To było
rozbrajające. W każdym razie był z niego niezły kombinator.
Scena z Ichijitstu i Kotori też jest inna, ale te nagromadzenie
zagadek i ujście zostało dobrze podane. Akcja trzymała w napięciu, ciągłe
unikanie śmierci, przepowiednie, walka o przetrwanie, oklepana przyjaźń ładnie
się komponowały, dając całkiem przyzwoitą całość, mimo pominięć wątków
pobocznych, które mogłyby zaciekawić widza. Wierzę, że zostaną te kwestie
rozwiązane.
Reasumując seans z tym anime jest zadowalający, ale jak miałem w przypadku filmu „Musimy porozmawiać o Kevinie”, warto przyjrzeć się
pierwowzorowi, gdyż pewne sceny mogą nabrać zupełnie innego znaczenia i całość
zyska przez to w naszych oczach nową, lepszą jakość. Pozostaje nadzieja na to, że powstanie drugi sezon, a jeśli
nie to pozostaje cieszyć się mangą, gdyż potrafi zaskoczyć.
W ramach ciekawostki dodam jeszcze, że jest sporo nawiązań do kultury niemieckiej, w mandze są nawet sugestie, iż to Niemcy zainicjowały tę machinę destrukcji.
Ocena anime: 8,75 (wielkie zagmatwanie, świetne openingi,
Risa Taneda w ED, dobre zarysowanie postaci czarownic)
Ocena mangi: 10 (Kazumi taka biedna, Kana urocza, Neko
świetna po walce z Valkyrią, gagi świetnie się komponują z powagą, ukazują
różne aspekty codzienności)